List do Alfreda Michaux 21. II. 1905

List L. Ł. Zamenhofa do Alfreda Michaux[1]Alfred Michaux (1859–1937), francuski adwokat i pionier ruchu esperanckiego. Pomysłodawca i główny organizator pierwszego światowego kongresu esperantystów w Boulogne-sur-Mer. Przewodniczący … Continue reading, 21. II. 1905.

Drogi Panie!

Prosi mnie Pan, abym podał Mu szczegóły na temat mnie i mojego życia. Chętnie uczynię to na tyle, na ile będę w stanie, lecz niestety wiele nie będę w stanie zrobić. Oto przyczyny: dla przyszłych pokoleń moja biografia być może nie będzie bez znaczenia, jako że istotnie całe moje życie, od najwcześniejszego dzieciństwa do teraz, przedstawia stałą i nieprzerwaną serię rozmaitych konfliktów: a) wewnątrz mnie wciąż bój toczyły ze sobą rozmaite ideały i rozmaite starania, z których wszystkie jednakowo stanowiły dla mnie nakaz, ale które pogodzić ze sobą było często niezwykle trudno, co bardzo mnie męczyło; b) na zewnątrz często zmuszony byłem walczyć przeciw rozmaitym przeszkodom, ponieważ moje ideały nigdy nie należały do ideałów modnych i przez to nigdy nie brakowało mi szyderców i napastników. Poza tym przez wiele lat miałem olbrzymie i bardzo dokuczające problemy z zarabianiem na chleb, a owa walka o chleb wielce zatruwała moje życie. W ostatnich latach wreszcie osiągnąłem to, że chleba mi nie brakuje; ale, niestety, długa walka zmęczyła mnie niezwykle i dziś, nie skończywszy nawet 46 lat, czuję się już jak człowiek 60-letni.

O swojej walce wewnętrznej i ideałach chciałbym i mógłbym opowiedzieć Panu bardzo wiele. Jednak o ile, jak powiedziałem, dla przyszłych pokoleń opowieść moja być może stanowiłaby jakąś wartość – o tyle dla dzisiejszego pokolenia ta opowieść byłaby zupełnie niedogodną. Bowiem już na początku mej opowieści musiałbym koniecznie donieść, iż jestem Żydem, a wszystkie moje ideały, ich narodziny, dojrzewanie i upór, cała historia mych stałych konfliktów wewnętrznych i zewnętrznych – wszystko jest nierozłącznie związane z tym moim żydostwem. Nigdy nie kryję się ze swoim żydostwem i wiedzą o tym wszyscy esperantyści; z dumą zaliczam się do tego tak starożytnego narodu, który tyle cierpiał i walczył, którego cała misja dziejowa polega na, moim zdaniem, zjednoczeniu narodów w dążeniu do „jednego Boga”, tzn. do jednych ideałów dla całej ludzkości; jednakże w obecnym czasie szowinizmów narodowych i wysoce rozpowszechnionego antysemityzmu czynienie z mojego żydostwa tematu publicznej dyskusji byłoby niedogodnym i mogłoby zaszkodzić naszej sprawie. Zaś szczegółowe omówienie mojego życia i historii moich idei bez ciągłego wspominania o moim żydostwie jest prawie niemożliwe.

Wyścigi konne w Wimereux w czasie pierwszego światowego kongresu esperantystów, 6 sierpnia 1905 r. Siedzący przy stole, od lewej: Alfred Michaux, Klara i Ludwik Zamenhofowie.

Gdybym nie był Żydem z getta, idea zjednoczenia ludzkości albo w ogóle nie przyszłaby mi do głowy, albo nigdy nie trzymałaby mnie tak uparcie przez całe moje życie. Nieszczęścia podziału ludzkości nikt nie może odczuwać tak mocno, jak Żyd z getta. Potrzeby języka ponadnarodowego, neutralnie ludzkiego nikt nie może odczuć tak silnie, jak Żyd, który zmuszony jest modlić się do Boga w dawno już martwym języku, który otrzymuje swoje wychowanie i wykształcenie w języku ludu, który go odtrąca, który ma towarzyszy w cierpieniu na całym świecie, a nie może się z nimi wzajemnie zrozumieć. Nie mam w tej chwili czasu ani cierpliwości na objaśnienie Panu sytuacji rosyjskich Żydów oraz wpływu tejże sytuacji na wszystkie moje usiłowania i konflikty. Po prostu powiem Panu jedynie to, że moje żydostwo było główną przyczyną, dla której od najwcześniejszego dzieciństwa oddałem się całkowicie jednej przewodniej idei i marzeniu — marzeniu zjednoczenia ludzkości.

Idea ta jest sednem i celem całego mego życia, sprawa esperancka stanowi jedynie część tej idei – o całej reszcie nie przestaję myśleć i marzyć; wcześniej czy później (może już niebawem), gdy esperanto nie będzie mnie już potrzebować, wystąpię z jednym planem, do którego od dawna się przygotowuję i o którym może innym razem Panu napiszę. Plan ten (nazywam go „Hilelizmem”) stanowi budowanie moralnego mostu, na którym w braterstwie mogłyby się zjednoczyć ludy i religie bez tworzenia jakichś na nowo wymyślonych dogmatów oraz bez potrzeby pozbywania się przez ludy swoich dotychczasowych religii. Mój plan stanowi tworzenie takiej religijnej jedności, która zawarłaby w sobie i pogodziła w sobie wszystkie istniejące religie w taki sam sposób, w jaki na przykład państwo pokojowo skupia w sobie różne osobne rodziny, żadnej z nich nie zmuszając do porzucenia swoich osobnych rodzinnych tradycji.

Ale jeżeli moje żydostwo zrodziło, umocniło i zahartowało we mnie dążenie do zjednoczenia ludzkości, jednocześnie to samo moje żydostwo również stawiało mi na drodze rozmaite przeszkody, zrodziło we mnie stały wewnętrzny konflikt, który często bardzo mocno mnie gnębił i męczył (między innymi ten wewnętrzny konflikt dręczył mnie silnie w ostatnich 5 latach, w ciągu których musiałem często na nowo i na nowo zmieniać plan dotyczący mojego „Hilelizmu” i po dziś dzień nie doszedłem jeszcze do jakiejś definitywnej i końcowej decyzji).

Gdybym nie byłbym Żydem, mógłbym się oddać mojemu marzeniu w pełni i absolutnie; ale ponieważ należę do ludu, który tak wiele wycierpiał i w większości nadal straszliwie cierpi (szczególnie w Rosji, gdzie stałe jęki mojego nieszczęśliwego, okrutnie uciskanego i szkalowanego ludu zatruwają mi życie), przeto bardzo często prześladowała mnie myśl, iż nie mam moralnego prawa pracować na rzecz ideałów neutralnie ludzkich, gdy lud mój tak wielce cierpi i ma dla siebie tak niewielu bojowników. Poza tym często sobie powtarzałem: „Kiedy Żyd pracuje na rzecz jednoczenia ludzkości, będą go jedynie ośmieszać i atakować, powiedzą, że czyni to wyłącznie z egoizmu, aby odebrać szczęśliwszym narodom ten przywilej, który posiadają w porównaniu z nieszczęśliwym i wszędzie prześladowanym ogółem żydowskim. Popraw sytuację swojego własnego ludu, daj swojemu ludowi ziemię, język i chwałę, a wtedy dopiero będziesz miał prawo mówienia o jednoczeniu ludów, tak samo, jak o reformach społecznych z powodzeniem głosić może tylko bogacz, który ofiaruje, ale nie biedak, który żąda”. Za każdym razem, gdy atakowały mnie te myśli, budziła się we mnie ambicja odnośnie do mojego wciąż prześladowanego oraz pod każdym względem nieszczęśliwego ludu, i stawałem się (z samej miłości do mojego przewodniego ideału) patriotą swojego ludu. Długi czas w młodości byłem zapalonym „syjonistą” (w owym czasie syjonizm nie był jeszcze w modzie, byłem jednym z pierwszych pionierów tej idei; członkowie mojego ludu bardzo drwili sobie ze mnie, gdy z młodzieńczym zapałem i głęboką wiarą opowiadałem im o odbudowie palestyńskiego państwa żydowskiego). Energicznie pracowałem dla tej idei, z powodzeniem założyłem pierwsze grupy syjonistyczne. (Po 3–4 latach wytężonej pracy na rzecz syjonizmu doszedłem do przekonania, że ta idea nie doprowadzi do żadnego celu i porzuciłem ją, chociaż w sercu pozostała mi na zawsze drogą, niczym przyjemne, ale niewykonalne marzenie; kiedy w 1897 r. narodził się wielki ruch syjonistyczny zorganizowany przez Herzla, nie mogłem już do niego dołączyć.) Ale nawet wtedy, gdy byłem żarliwym syjonistą, nigdy nie przestałem marzyć i pracować dla głównej mej idei (zjednoczenia ludzkości). Miałem nadzieję, że, gdy mój lud osiągnie kiedyś swój starożytny dom i szczęście, wypełni z powodzeniem tę swą historyczną misję, o której marzyli Mojżesz i Chrystus, i chcąc nie chcąc będzie musiał założyć naród i kraj ideowy, neutralnie ludzki z neutralnie ponadetnicznym językiem i neutralnie ludzką filozoficznie czystą religią, i wypełnią się słowa Biblii o tym, że wszystkie ludy przybywać będą do Jerozolimy by wielbić jednego i jedynego „Boga”, a Jerozolima stanie się centrum, które w braterstwie zjednoczy całą ludzkość…

Ponieważ większość naszego ludu (szczególnie w Rosji) nie używa języka miejscowego, ale rozmawia w odrębnym „żargonie” żydowsko-niemieckim (tak zwanym „yiddisch”), który do tej pory nie posiada jeszcze żadnej gramatyki, dlatego też dawno temu poświęciłem około 2 lat na gruntowne studiowanie owego żargonu, zbadałem wszystkie jego zasady i wypracowałem jego gramatykę (której jednak nigdy nie opublikowałem). Później jednak porzuciłem tę pracę uważając, że budzenie pseudonarodowego patriotyzmu u Żydów mogłoby być szkodliwe dla nich samych oraz dla idei zjednoczenia ludzkości.

Był czas, kiedy uważałem, że wszyscy mieszkańcy jednego kraju powinni dążyć do posiadania jednej religii i mówienia w jednym języku. Planowałem rozpoczęcie propagowania również tej idei, lecz niebawem porzuciłem ją przekonawszy się, że jest to idea niedobra.

Nie mogę opowiedzieć Panu we wszystkich szczegółach całej historii moich idei i starań, gdyż po pierwsze wymagałoby to ode mnie zbyt wiele czasu, a po drugie byłoby to dla Pana zupełnie nieciekawe i materiału dla Pańskiej publicznej przemowy nie mogłoby Panu dać. Opowiedziałem tylko trochę Panu osobiście, aby miał Pan pewne zbliżone wyobrażenie w temacie mojego życia; ale mówić o tym publicznie dziś nie należy. Chciałem jedynie powiedzieć Panu, że choć od najwcześniejszego dzieciństwa dominował we mnie „człowiek”, to jednak ze względu na wielce nieszczęśliwy stan mojego ludu w mym sercu często budził się „patriota”, który straszliwie walczył w moim sercu przeciwko „człowiekowi”. W ostatnich 10 latach „człowiek” i „patriota” stopniowo pogodzili się w moim sercu w postaci „Hilelizmu”, który wyżej Panu wspomniałem i którego treść prawdopodobnie opublikuję za rok albo dwa. Jedną książkę o Hilelizmie skierowaną szczególnie do rosyjskich Żydów i napisaną po rosyjsku już wydałem (pod bardzo tajnym pseudonimem „Homo sum”) 4 lata temu; jednak prawie nikt o tej książce nie wie, ponieważ nie wysłałem jej do żadnej gazety i jedynie wypuściłem jako „ballon d’essai”[2](fr.) balon próbny do niewielkiej liczby inteligentnych Żydów. Zdanie, które na temat tej książki usłyszałem, posłuży mi za doświadczenie przed ostatecznym sformułowaniem mojej idei, którą zamierzam za kilka lat zaprezentować intelektualistom wszystkich narodów i religii.

Z kilku przykładów, które Panu przedstawiłem, widzi Pan, że historia moich idei absolutnie nie mogłaby posłużyć za temat Pańskiej publicznej przemowy. Dlatego na ich temat będę milczał i podam Panu jedynie kilka suchych faktów z mojej biografii. (Fakty te podaję Panu nie jako list, który może zostać wydany, a jedynie prywatnie jako materiał; proszę z niego wybrać to, co znajduje Pan przydatnym.)

Urodziłem się w Białymstoku 15 grudnia 1859 r. Mój ojciec (który jeszcze żyje) oraz dziadek byli nauczycielami języków. Język ludzki był dla mnie zawsze najdroższym przedmiotem na świecie. Najbardziej kochałem ten język, w którym mnie wychowano, tzn. język rosyjski; uczyłem się go z wielką przyjemnością; marzyłem, aby kiedyś zostać wielkim rosyjskim poetą (w dzieciństwie napisałem rozmaite wiersze, a w 10. roku życia ułożyłem tragedię w 5 aktach). Z przyjemnością uczyłem się zawsze bardziej teoretycznie niż praktycznie; a ponieważ nigdy nie miałem możliwości ćwiczenia ich i zawsze czytałem tylko wzrokiem, nie na głos, dlatego swobodnie rozmawiam jedynie w trzech językach (rosyjskim, polskim i niemieckim), język francuski czytam swobodnie, lecz mówię w nim bardzo niewiele i słabo; poza tym w różnych okresach uczyłem się nieco jeszcze około 8 innych języków, które jednak znam niewiele i jedynie w teorii.

W dzieciństwie kochałem z wielką pasją język rosyjski i całe państwo rosyjskie; ale wkrótce przekonałem się, że za moją miłość odpłaca mi się nienawiścią, że wyłącznymi panami tego języka i kraju nazywają się ludzie, którzy widzą we mnie wyłącznie pozbawionego praw obcego (mimo tego, że ja, moi dziadkowie i pradziadkowie urodzili się i pracowali w tym kraju), wszyscy nienawidzą, gardzą i uciskają moich braci; widziałem, że tak samo wszystkie inne rasy zamieszkujące moje miasto wzajemnie się nienawidzą i jedna drugą prześladują… i ogromnie przez to cierpiałem, i zacząłem marzyć o tych szczęśliwych czasach, kiedy zniknie wszelka nienawiść między narodami, kiedy istnieć będzie język i kraj należące na pełnych prawach do wszystkich swoich użytkowników i mieszkańców, kiedy ludzie zrozumieją i pokochają jedni drugich.

W roku 1869 wstąpiłem do białostockiego gimnazjum realnego, ale dwa miesiące później musiałem je opuścić przez ciężką chorobę (w dzieciństwie często bywałem chory); w 1870 r. wstąpiłem do niego ponownie i uczyłem się z wielkim powodzeniem (muszę zaznaczyć, że przez cały 9-letni okres mojej nauki gimnazjalnej, tak w Białymstoku, jak później w Warszawie, zawsze byłem pierwszy w klasie; nauczyciele uważali mnie za niezwykle zdolnego, a koledzy przepowiadali [nie z zazdrości, a zupełnie życzliwie, jako że wśród kolegów nigdy nie miałem wrogów], że w życiu zawsze będę odnosił największe sukcesy; później się to jednak w ogóle nie ziściło i długo musiałem walczyć zanim zacząłem skromnie zarabiać na chleb dla mojej rodziny). W 1873 r. moi rodzice przeprowadzili się do Warszawy, gdzie ojciec otrzymał posadę nauczyciela języka niemieckiego w gimnazjum realnym. Przez 5 miesięcy pozostawałem w domu ucząc się łaciny i greki, a później wstąpiłem do II warszawskiego gimnazjum filologicznego, które ukończyłem w roku 1879. Następnie wyjechałem do Moskwy, gdzie wstąpiłem na wydział medyczny tamtejszego uniwersytetu. Moi moskiewscy koledzy było przedstawicielami wielu najróżniejszych ras, co wzmocniło we mnie dążenie do zjednoczonej rodziny ludzkiej. Wkrótce stan finansów moich rodziców bardzo się pogorszył, nie mogli już utrzymywać mnie w Moskwie, zatem w 1881 r. wróciłem do Warszawy, wstąpiłem tam na uniwersytet, który ukończyłem na początku stycznia 1885 r. Wyjechałem wtedy do wsi Wiejsieje, aby rozpocząć praktykę lekarską. Po wykonywaniu praktyki przez 4 miesiące doszedłem do przekonania, że praktyka z zakresu medycyny ogólnej zupełnie do mnie nie pasuje, jako że jestem zbyt wrażliwy i cierpienia chorych (szczególnie umierających) za bardzo mnie gnębiły. Wtedy wróciłem do Warszawy i postanowiłem wybrać dla siebie specjalizację spokojniejszą, to znaczy dotyczącą chorób oczu. Przez 6 miesięcy pracowałem na oddziale okulistycznym jednego z warszawskich szpitali, później przez pewien czas w klinikach w Wiedniu (Austria) i pod koniec roku 1886 otworzyłem praktykę okulistyczną w Warszawie. Wtedy poznałem moją obecną żonę, Klarę Zilbernik z Kowna (gościła ona wówczas u swojej siostry, mieszkającej w Warszawie). 9 sierpnia 1887 r. ożeniłem się. Swojej narzeczonej objaśniłem całą istotę mojej idei oraz zamiar przyszłej działalności. I zapytałem ją czy chce związać ze mną swój los. Nie tylko całkowicie się zgodziła, ale oddała do mojej pełnej dyspozycji posiadaną sumę pieniędzy, co dało mi możliwość, po długim poszukiwaniu wydawcy, nareszcie samodzielnego wydania [w lipcu 1887 r.] moich czterech pierwszych broszur (podręcznika esperanta w językach rosyjskim, polskim, niemieckim i francuskim). Niedługo później wydałem „Drugą Książkę”, „Dodatek”, „Zamieć” i „Rodzeństwo” (napisane przez Grabowskiego[3]Antoni Grabowski był autorem przekładu noweli Puszkina „Zamieć” („Метель”) i dramatu Goethego „Rodzeństwo” („Die Geschwister”).), tłumaczenia „Drugiej Książki” i „Dodatku”, Średni Słownik Niemiecki, Pełny Słownik Rosyjski, podręczniki angielski i szwedzki, „Księżniczkę Mary”, Listę Adresową itd., a także przekazałem pieniądze potrzebne na wydanie prac Einsteina i H. Philipsa. Opublikowałem również wiele ogłoszeń w gazetach, rozesłałem olbrzymią liczbę książek itd.

Esperanto wkrótce pochłonęło większą część pieniędzy mojej żony; całą resztę niebawem przejedliśmy, ponieważ przychody z mojej praktyki lekarskiej były straszliwie małe. Pod koniec roku 1889 zostaliśmy bez kopiejki!

Bardzo smutne było wówczas moje życie. Musiałem opuścić Warszawę i wyjechać za chlebem w inne miejsce. Żona wraz z dzieckiem musiała wyjechać do swojego ojca, a ja pojechałem (w listopadzie 1889 r.) do miasta Chersoń (południowa Rosja), gdzie brakowało okulistów (była tam tylko jedna okulistka), i gdzie zatem miałem nadzieję zarobić na chleb dla mojej rodziny. Ale nadzieja mnie strasznie zawiodła: tamtejsze zarobki nie tylko nie dały mi możliwości wyżywienia rodziny, ale nawet mnie samemu nie wystarczały pomimo bardzo skromnego i oszczędnego sposobu życia! Wprost i dosłownie nierzadko nie miałem co jeść: bardzo często zostawałem bez obiadu! Ani żona, ani krewni niczego o tym nie wiedzieli, gdyż nie chciałem smucić żony i w listach wciąż pocieszałem ją, że jest mi bardzo dobrze, że mam bardzo dobre nadzieje, że wkrótce sprowadzę ją do siebie itd. Jednak wreszcie nie mogąc dłużej wytrzymać musiałem przyznać się przed żoną odnośnie do całego mojego stanu. Byłem wówczas jeszcze zbyt dumny, żeby przyjąć jakąś pomoc pieniężną; jednakże smutek i usilne prośby żony zmusiły mnie do przyjęcia wsparcia finansowego mojego teścia (który w tamtym, jak i późniejszym czasie nigdy nie odmówił mi swojej pomocy i wydał na mnie bardzo dużo pieniędzy) i powróciłem do Warszawy w nadziei, iż teraz moja praktyka lekarska pójdzie lepiej. W maju 1890 r. wróciłem do Warszawy.

Również i tym razem nadzieja mnie zawiodła. Moje zarobki zupełnie nie wzrastały, moje długi rosły. W końcu nie mając już możliwości czekania w październiku 1893 r. przeprowadziłem się z rodziną do miasta Grodna. Tam moje zarobki były większe niż w Warszawie, a życie było tańsze. Chociaż i w Grodnie moje zarobki nie pokrywały w całości moich wydatków i nadal jeszcze musiałem otrzymywać wsparcie teścia, to jednak cierpliwie wytrzymałem tam 4 lata. Jednakże dzieci rosły i wymagały droższego wychowania, zaś miasto Grodno było tak biedne, że okulista nigdy nie będzie tam w stanie porządnie poprawić swoich dochodów, przeto zgodnie z upartym życzeniem mojego teścia pod koniec roku 1897 postanowiłem ponownie wrócić do Warszawy i spróbować tam po raz ostatni.

Stan mojej duszy był wówczas straszny. Dobrze wiedziałem, że to jest moja ostatnia próba, i jeżeli również teraz mi się nie powiedzie, jestem zgubiony. W ciągu pierwszego roku prawie oszalałem z beznadziei. Ale nareszcie, dzięki zebraniu ostatnich sił, los zaczął mi bardziej sprzyjać. Wkrótce moja praktyka lekarska zaczęła się powiększać i już od roku 1901 była tak duża, że przychody w pełni pokrywały moje wydatki. Byłem uratowany. Po wielu latach ogromnego cierpienia i walki nareszcie dostałem spokojniejsze życie i mogę zapewnić już dość chleba dla rodziny (choć oczywiście żyć muszę bardzo skromnie i liczyć każdą kopiejkę). Mieszkam przy jednej z najuboższych ulic Warszawy, moimi pacjentami są ludzie ubodzy, płacący bardzo mało; muszę przyjmować po 30–40 pacjentów dziennie, aby otrzymać od nich tyle, ile inni lekarze mają z 5–10 pacjentów; jestem jednak teraz bardzo zadowolony, ponieważ mam swój chleb i nie potrzebuję niczyjej pomocy.
Mam teraz 3 dzieci: jednego syna i dwie córki.

Jestem już strasznie zmęczony, a swoim bardzo długim listem zmęczyłem i Pana. Do widzenia!

P. S. – Napisałem wyżej, że szeroką publiczną dyskusję na temat mojej narodowości uważam w obecnym czasie za niedogodną, ponieważ muszę teraz unikać wszystkiego, co niepotrzebnie dałoby powód do wielkich kłótni; ale ukrywać swojej narodowości absolutnie nie zamierzam; i jeżeli będzie Pan mówił o mojej narodowości, proszę powiedzieć, że określam siebie rosyjskim Żydem.

 

Źródło tekstu oryginalnego: Aleksander Korĵenkov: Homarano. La vivo, verkoj kaj ideoj de d-ro L.L. Zamenhof. Sezonoj, Litova Esperanto-Asocio 2011.

Przekład z esperanta: Przemysław Wierzbowski

 

Przypisy

1 Alfred Michaux (1859–1937), francuski adwokat i pionier ruchu esperanckiego. Pomysłodawca i główny organizator pierwszego światowego kongresu esperantystów w Boulogne-sur-Mer. Przewodniczący Międzynarodowego Towarzystwa Prawników Esperanckich, członek Akademii Esperanta, zapalony propagator języka i autor podręczników.
2 (fr.) balon próbny
3 Antoni Grabowski był autorem przekładu noweli Puszkina „Zamieć” („Метель”) i dramatu Goethego „Rodzeństwo” („Die Geschwister”).